Michał Klimczyk
Michał Klimczyk, lepiej znany jako Szyszkodar, to polski grafik i papiernik, który tworzy linoryty na ręcznie robionym papierze z recyklingu. Zainspirowany opowiadaniem historii, folklorem i zrównoważonym rozwojem, łączy w swojej pracy tradycyjną grafikę z charakterystycznym podejściem DIY. W tym wywiadzie opowiada o swojej praktyce twórczej, procesie opowiadania historii i przyszłych ambicjach.
Czy możesz się przedstawić?
Nazywam się Michał Klimczyk, ale zazwyczaj posługuję się pseudonimem Szyszkodar, co oznacza Dawca Szyszek.
Szyszka jest symbolem szczęścia, płodności, obfitości i dobrobytu. Mówi się, że każdy, kto nosi szyszkę, będzie postrzegany przez innych jako atrakcyjny. W czasach, gdy tygrysy paliły fajki, ludzie wierzyli, że opadłe szyszki to dary od ducha lasu o imieniu Szyszkodar. Ofiarowywał je jako obietnicę szczęścia i dobrobytu na cały rok, prosząc w zamian jedynie o troskę o przyrodę.
Aby uczcić ducha lasu, ludzie obchodzili leśne święto zwane Szyszkielnikami . Wymieniali się szyszkami jako prezentami, życząc sobie nawzajem szczęścia i pomyślności, a także wspólnie sadzili drzewa w imieniu Szyszkodara.
Dawca Szyszek miał być staruszkiem z brodą pokrytą mchem, ptasimi gniazdami, hubami i kwiatami. Nosił naszyjnik z żołędzi, niósł worek pełen szyszek i jechał na jeżu, a ruda wiewiórka siedziała mu na ramieniu i pomagała mu w roznoszeniu darów.
Wymyśliłem całą tę historię i mam zamiar świętować Pineconeliday tak długo, aż ludzie zaczną wierzyć, że to prawda.
Opisz swój styl tworzenia grafiki
Jestem wciąż początkującym grafikiem, więc wydaje się nieco przedwczesne, aby twierdzić, że mam już swój własny, charakterystyczny styl. Moje umiejętności linorytnicze są dość prymitywne i naiwne, i wciąż się uczę z każdym kolejnym drukiem.
Prawdopodobnie tym, co wyróżnia moją pracę, jest ręcznie robiony papier, który sama wytwarzam.
Jak i kiedy zacząłeś zajmować się grafiką?
Po raz pierwszy zetknąłem się z linorytem, studiując projektowanie i sztukę cyfrową na Uniwersytecie Napiera w Edynburgu. Wtedy nie byłem szczególnie zainteresowany tą techniką.
To się zmieniło po powrocie do mojego rodzinnego Krakowa. Zaangażowałam się intensywnie w promocję Małych Wolnych Bibliotek i wymianę książek. Za każdym razem, gdy pojawiała się nowa, odwiedzałam ją i zostawiałam nie tylko książki, ale także jeden z moich rysunków jako prezent-niespodziankę dla tego, kto ją znajdzie. Zazwyczaj rysowałam na zużytych papierowych opakowaniach, które w przeciwnym razie trafiłyby do śmieci.
Stworzenie jednego rysunku mogło zająć kilka godzin, ale przypomniałem sobie tę stosunkowo prostą technikę graficzną z uniwersytetu i zdałem sobie sprawę, że może ona pozwolić mi na stworzenie większej liczby obrazów w krótszym czasie. Postanowiłem więc dać linorytowi kolejną szansę.
Co skłoniło Cię do włączenia wytwarzania papieru do swojej praktyki?
Jestem wielkim zwolennikiem kultury DIY, etyki punkowej i ograniczania ilości odpadów.
Jak wspomniałem, kiedyś rysowałem na zużytych opakowaniach, ale niektóre odpady papierowe nie nadają się do rysowania, ponieważ są mocno zadrukowane lub powlekane z obu stron. Zacząłem się zastanawiać, czy nie mógłbym przerobić tych odpadów na nowe arkusze papieru.
Po wielu próbach i błędach udało mi się w końcu opracować papier, który nie nadawał się szczególnie do rysowania, ani do pisania, ale zaskakująco dobrze nadawał się do druku.
W jaki sposób powierzchnia papieru ręcznie robionego zmienia zachowanie się wydruków?
Prawie niemożliwe jest wykonanie idealnego odbitki na ręcznie robionym papierze pochodzącym z recyklingu — i uważam, że to wspaniałe.
Każdy arkusz ma swoją własną fakturę, zróżnicowaną grubość i niedoskonałości. Włókna przeżyły już jedno życie, zanim zostały ponownie przetworzone, i wchodzą w interakcje z farbą w nieprzewidywalny sposób. Prasa walcowa nie działa szczególnie dobrze, a ja nigdy nie miałem zbyt dobrych wyników z barenem.
Najlepszym narzędziem, jakie znalazłem, jest to, co nazywam „łyżką drukarską”. Osoby, które na co dzień nie zajmują się grafiką, często zakładają, że mam na myśli zwykłą łyżkę do zupy, ale to zupełnie inne narzędzia. Stało się to jednym z moich ulubionych żartów taty podczas warsztatów z dziećmi. Zazwyczaj śmieją się i mówią coś w stylu: „Moi rodzice mają w kuchni dziesiątki łyżek drukarskich!”
Co inspiruje Twoją pracę?
Bardzo mnie napędzają opowieści.
Uwielbiam Tolkiena, Smerfy, Asterixa i Obelixa, Robina Hooda, Frankensteina i Draculę. Każdy mój wydruk musi mieć w sobie jakąś wzruszającą historię – coś, czym mogę się podzielić z każdym, kto zechce mnie wysłuchać.
Dla mnie historia jest często tak samo ważna jak sam obraz.
Czy masz ulubiony nadruk, który wykonałeś?
Jednym z moich ulubionych wydruków jest linoryt przedstawiający Borisa Karloffa jako potwora Frankensteina.
Powieść Mary Shelley zaczyna się od listu kapitana Waltona do jego siostry Margaret, datowanego na 11 grudnia. Od lat marzyłam, aby uczynić tę datę Międzynarodowym Dniem Frankensteina. Aby to uczcić, wydrukowałam liczne egzemplarze mojego linorytu Frankenstein na ręcznie robionych, recyklingowych arkuszach zielonego i fioletowego papieru.
Poleciałem do Londynu i spędziłem 11 grudnia, zostawiając odbitki w tylu miejscach wymiany książek, ile tylko udało mi się znaleźć. Na szczęście miałem dostęp do mapy tych miejsc, stworzonej przez Matta Browna z Londonist, co znacznie ułatwiło mi poszukiwania.
Zostawiłem też kilka odbitek w holu Biblioteki Londyńskiej. Początkowo planowałem ukryć je wśród książek, ale szybko odkryłem, że wejście do środka bez karty bibliotecznej nie jest takie proste.
Podczas tej samej podróży odwiedziłem miejsce urodzenia i spoczynku Borisa Karloffa, a także udałem się do Bournemouth, aby odwiedzić grób Mary Shelley.
To była absolutnie cudowna przygoda
Jakie jest twoje największe osiągnięcie?
Myślę, że mam dwa osiągnięcia, które zasługują na szczególną uwagę.
Pierwszy z nich pojawił się po obejrzeniu serialu World Wide Waste. W jednym z odcinków pokazano miejsce w Tajlandii, gdzie produkuje się papier z odchodów słoni. Od razu pomyślałem: „Muszę tego spróbować”.
Znalezienie słoniowego łajna w Polsce nie jest łatwe, ale na krakowskim Rynku Głównym jeżdżą bryczki. Podszedłem do jednej z woźnic i zapytałem, czy mogłaby mi zabrać jakieś końskie odchody. Spojrzała na mnie dość dziwnie, ale wyjaśniła, że starsze panie od czasu do czasu proszą o końskie odchody do wykorzystania w ogrodach.
„Nie” – odpowiedziałem – „jestem artystą. Chcę z tego zrobić papier”
W tym momencie była już niemal pewna, że zwariowałem, ale mimo to uprzejmie dała mi cały worek na śmieci wypełniony tymi materiałami.
Wróciwszy do kuchni, wyciąłem kilka arkuszy papieru z końskiego łajna i wydrukowałem na nich linoryt przedstawiający konia. Później podzieliłem się tą historią na Instagramie. Filmik obejrzało ponad dwa miliony osób i wywołał zaskakująco ożywioną dyskusję wśród moich rodaków. Jedną z odbitek dałem też woźnicy. Była zachwycona i nie mogła uwierzyć, że coś tak niezwykłego stało się dziełem sztuki.
Drugim osiągnięciem, którego się podjąłem, był udział w konkursie plastycznym zorganizowanym przez jeden z największych banków w Polsce.
Najpierw odwiedziłem jeden z oddziałów banku i zapytałem, czy mogliby mi oddać trochę papieru z niszczarek. Wyjaśniono mi, że ze względu na przepisy bezpieczeństwa wszystkie poufne dokumenty muszą być utylizowane przez firmę zewnętrzną, więc ostatecznie pobrałem zniszczone dokumenty od prywatnej firmy.
Nawiązując do logo banku, zmieszałem masę papierową z gotowanymi burakami, aby nadać jej czerwonawy kolor. Następnie wyrzeźbiłem linoryt przedstawiający żubra, inspirowany zwierzęciem przedstawionym w brandingu banku. Po wydrukowaniu kilku kopii na ręcznie robionym papierze z buraków, rozdałem je krakowskim punktom wymiany książek, aby szczęśliwcy mogli je odkryć.
Towarzyszący konkursowi film został wyświetlony ponad pół miliona razy, a ja zdobyłem trzecią nagrodę w konkursie spośród ponad dziewięciuset zgłoszeń.
Nad czym obecnie pracujesz?
Mam kilka projektów i pomysłów, które chciałbym zrealizować.
Jednym z nich jest ponowna wizyta na grobie profesora Tolkiena. W pobliżu rosną piękne sosny i rozważałem zebranie nasion z szyszek i wyhodowanie z nich sadzonek. Chciałbym następnie posadzić te drzewa w pobliżu szkół, bibliotek i innych instytucji kulturalnych zainteresowanych posiadaniem na swoim terenie „drzewa Tolkiena”.
W Krakowie jest również utalentowany rzemieślnik, który wytwarza drewniane zegarki. Marzę o tym, żeby kiedyś odwiedzić Las Sherwood i znaleźć gałąź wystarczająco dużą, by stworzyć z niej zegarek z Robinem Hoodem, który mógłbym nosić z dumą.
Inny pomysł jest bardziej ambitny.
Nagroda pieniężna, którą otrzymałem w konkursie bankowym, nie jest majątkiem, ale wystarczy, aby pomóc mi podjąć pierwsze kroki w kierunku założenia organizacji non-profit.
Kilka lat temu obejrzałem „Sól Ziemi”o brazylijskim fotografu Sebastião Salgado. W pewnym momencie swojego życia, on i jego żona zaczęli ponownie zalesiać setki akrów zdegradowanej ziemi, którą odziedziczyli. Rezultaty były niezwykłe. Razem założyli Instituto Terra, który przekształcił krajobraz i przywrócił bioróżnorodność w tym regionie.
W tej chwili nie sprzedaję moich linorytów komercyjnie ani nie prowadzę działalności gospodarczej. Jednak robię pewne obliczenia. Gdybym jakimś sposobem udało mi się sprzedać 700 odbitek miesięcznie po 30 złotych (około 6 funtów) za sztukę i zaoszczędzić jedną trzecią tego dochodu, mógłbym utrzymać siebie i moje trzy koty, jednocześnie stopniowo gromadząc fundusz na zakup ziemi pod zalesianie.
Po roku może uda mi się kupić kilka akrów i zacząć sadzić drzewa.
To jest moje marzenie: sprzedawać odbitki i przeznaczyć część dochodu na odbudowę lasów. Muszę jeszcze dokładnie opracować, jak sprawić, by takie przedsięwzięcie było zrównoważone, ale pomysł wciąż mnie inspiruje.
Opowiedz nam jakąś ciekawostkę o sobie.
Jeśli chodzi o moje wykształcenie, w Polsce jestem prawdopodobnie najbardziej znany jako aktywista na rzecz ratowania książek.
Zbieram niechciane książki i rozprowadzam je – zazwyczaj rowerem towarowym – do bibliotek Little Free Libraries oraz na wymianę książek w moim mieście i poza nim. Najczęstszymi powodami, dla których ludzie się ze mną kontaktują, są żałoba lub przeprowadzka. W wielu przypadkach rodziny zostają z setkami, a nawet tysiącami książek i nie wiedzą, co z nimi zrobić.
Pracuję również nad mapą miejsc wymiany książek w Europie i zawsze chętnie posłucham opinii osób, które znają miejsca, które jeszcze nie zostały dodane.
Inną niezwykłą rzeczą jest to, że posiadam pierścień zawierający kamień pobrany z miejsca spoczynku JRR Tolkiena.
A potem jest jeszcze historia o przeklętym liście.
Odwiedzając grób Mary Shelley w Bournemouth, zauważyłem leżący nieopodal odręcznie napisany list. Był przemoczony, kruchy i zaczynał się rozpadać. Wyglądało na to, że napisał go do Mary Shelley anonimowy wielbiciel.
Uznałem, że byłoby szkoda, gdyby list całkowicie zniknął, zwłaszcza jeśli napisał go początkujący pisarz. Mając nadzieję na jego zachowanie, zabrałem go ze sobą i następnego dnia wróciłem do domu, do Polski.
Niedługo potem zacząłem odczuwać ból w prawym kciuku. Początkowo wydawał się nieznaczny, ale z biegiem tygodni stawał się coraz bardziej dotkliwy. Kilku znajomych żartobliwie sugerowało, że zostałem ukarany za zabranie listu z grobu Mary Shelley.
Nie jestem przesądny, więc założyłem, że problem jest po prostu wynikiem lat spędzonych na dźwiganiu ciężkich ton książek. Jednak obrzęk nadal się pogłębiał i w końcu skonsultowałem się z lekarzem. Jako artysta byłem szczególnie zaniepokojony, ponieważ dotyczył mojej dominującej ręki.
Zdiagnozowano u mnie palec trzaskający i podano mi zastrzyk, który miał rozwiązać problem, ale nie pomógł. Tymczasem przyjaciele i rodzina wciąż dokuczali mi, że przeczytałem list, który nigdy nie był dla mnie przeznaczony, i w ogóle zabrałem go z cmentarza.
Ponieważ nie mogłem osobiście wrócić do Bournemouth, skontaktowałem się ze starą koleżanką ze szkoły, która tam mieszka, i zapytałem, czy byłaby skłonna zwrócić list w moim imieniu. Po wysłuchaniu historii zgodziła się, a nawet wydawała się podekscytowana pomysłem odwiedzenia grobu Mary Shelley.
Myślałem, że sprawa jest załatwiona.
Kilka dni później jednak skontaktowała się ze mną ponownie i zapytała, czy wysłałem już list. Coś było nie tak. Wyjaśniła, że jej mąż, który jest bardzo przesądny, zabronił jej go przyjąć, ponieważ obawiał się, że pech, który mnie spotkał, może w jakiś sposób przenieść się na ich rodzinę.
W tym momencie ogarniała mnie coraz większa frustracja. Aby udowodnić – zarówno sobie, jak i każdemu innemu – że cała ta sprawa to bzdura, w końcu usiadłem i przeczytałem list w całości.
Niestety, niedługo potem musiałem przejść drobny zabieg chirurgiczny kciuka.
Po kilku miesiącach rekonwalescencji mogłem wreszcie normalnie wrócić do ratowania książek i jeżdżenia na rowerze po mieście.
Nadal od czasu do czasu opowiadam tę historię podczas wywiadów, bo publiczność wydaje się nią zafascynowana. Niektórzy nawet wahają się, czy spojrzeć na sam list.
Tak naprawdę, około rok temu, po tym jak opowiedziałem tę historię w innym wywiadzie, już następnego dnia rozwinął się u mnie stan zapalny w ramieniu.
Czasami powinniśmy być ostrożni w tym, czego sobie życzymy.
Kiedy odebrałem list z grobu Mary Shelley, miałem nadzieję, że odkryję jakąś wspaniałą historię.
W pewnym sensie tak, sądzę.
Czy masz jakieś cenne wskazówki lub rady dla innych grafików?
Myślę, że oryginalność i opowiadanie historii są najważniejsze.
Umiejętności techniczne oczywiście mają znaczenie, ale ludzie często pamiętają historię długo po tym, jak zapomnieli szczegółów obrazu. Jeśli Twoja praca odzwierciedla coś autentycznie osobistego i wyjątkowego, istnieje znacznie większe prawdopodobieństwo, że trafi do odbiorców.
Gdzie możemy zobaczyć więcej Twoich prac?
Znajdziesz mnie na Instagramie, Facebooku, a ostatnio także na YouTube.
Instagram: @szyszkodar
Facebook: @Szyszkodar
YouTube: @Szyszkodar
Czy chciałbyś nam jeszcze o czymś opowiedzieć?
Na przełomie XX wieku żył pewien francuski latarnik o nazwisku Louis Coulon, który podobno zapuścił brodę na tyle długą, że mógł nosić w niej swoje koty.
Bez względu na to, czy ta historia jest prawdziwa, czy nie, uważam ją za niezwykle inspirującą.
Moim marzeniem jest stać się takim człowiekiem i pewnego dnia nosić w brodzie również moje trzy ukochane koty.
Źródła obrazu – Michał Klimczyk
POKAZUJ SWOJĄ SZTUKĘ!
Stworzyłeś coś pięknego? Oznacz nas @essdee_uk lub użyj #essdee , aby wyróżnić post na naszym Instagramie!
INNE ARTYKUŁY
Masz 5 minut? Zajrzyj na jeden z naszych innych blogów, żeby znaleźć więcej inspiracji!
Andrea Brown
Poznaj artystkę Andreę Brown, która opowiada o swoim procesie twórczym, swojej podróży i inspiracjach stojących za zwycięskim wydrukiem Isabella's Beach.
Martin Truefitt-Baker
Odkryj, jak artysta Martin Truefitt-Baker tworzy zachwycające linoryty inspirowane krajobrazem, dziką przyrodą i naturą południowej Walii
Lynne Timmington
Odkryj prace Lynne Timmington na scrapboardzie, które uwieczniają naturę i dziką przyrodę z niezwykłym realizmem. W tym wywiadzie dzieli się swoimi inspiracjami i pasją do scrapboardu.
Odwołać się
Invoke to artysta i grafik z Surrey, który tworzy ręcznie robione, nadające się do noszenia przedmioty w technice linorytu. Jego prace łączą śmiałe, inspirowane tatuażami wzory z naciskiem na ekspresję osobistą i zrównoważony rozwój. W tym wywiadzie dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat...
Jack Ambro
Jack Ambro Jacek Ambroszczyk, działający pod pseudonimem Jack Ambro, to szkocki grafik linorytniczy, znany ze swoich wielkoformatowych, fotorealistycznych wydruków. W tym wywiadzie opowiada o swoim podejściu do linorytu rastrowego, surrealistycznych inspiracjach w swojej twórczości...
Aleksandra Buckle
Brytyjska graficzka Alexandra Buckle opowiada o swojej metodzie linorytu redukcyjnego, praktyce w pracowni, nauczaniu i wystawach.
Sarah Dubosc
Sarah, artystka z Normandii, tworzy linoryty inspirowane dziką przyrodą i krajobrazami, celebrując bioróżnorodność i uważną obserwację.
Laura Mckendry
Laura McKendry (@lauramckendry_art) to artystka mieszkająca w Londynie. W tym wywiadzie opowiada o swoim podejściu twórczym i dzieli się spostrzeżeniami ze swojej praktyki, a także doświadczeniem w prowadzeniu warsztatów w całej Europie.
Emeline Bourgois (Arturas)
Emeline Bourgois Emeline (@arturaslinocuts) jest graficzką mieszkającą w Belgii. Znana ze swoich ekspresyjnych linorytów, opowiada o swojej praktyce twórczej, udziela praktycznych porad innym grafikom i zgłębia swoją osobistą więź z linorytem...
Wywiad z Sarah Ransome
Sarah Ransome Sarah Ransome (@sarahransomeart) to brytyjska graficzka znana z nowoczesnych, abstrakcyjnych linorytów. W tym wywiadzie opowiada o inspiracjach stojących za jej pracą, o tym, jak rozpoczęła się jej twórcza podróż i o technikach, które rozwinęła w ciągu...
Wyślij nam wiadomość
Dane kontaktowe
info@essdee.co.uk
(+44) 01562 60787
Essdee – Materiały edukacyjne do sztuki i rzemiosła Sp. z o.o.
Frederick Road, Hoo Farm Industrial Estate
Kidderminster, DY11 7RA
global.monkey.brave
Prawa autorskie Educational Art and Craft Supplies Ltd 2023 | Projekt strony internetowej: Nettl z Kidderminster
Wyślij nam wiadomość
Dane kontaktowe
info@essdee.co.uk
(+44) 01562 60787
Essdee – Materiały edukacyjne do sztuki i rzemiosła Sp. z o.o.
Frederick Road, Hoo Farm Industrial Estate
Kidderminster, DY11 7RA
global.monkey.brave
Prawa autorskie Educational Art and Craft Supplies Ltd 2023 | Projekt strony internetowej: Nettl z Kidderminster
Wyślij nam wiadomość
Dane kontaktowe
info@essdee.co.uk
(+44) 01562 60787
Essdee – Materiały edukacyjne do sztuki i rzemiosła Sp. z o.o.
Frederick Road, Hoo Farm Industrial Estate
Kidderminster, DY11 7RA
global.monkey.brave
Prawa autorskie Educational Art and Craft Supplies Ltd 2023 | Projekt strony internetowej: Nettl z Kidderminster










